środa, 26 stycznia 2011

Moja Pierwsza Szwecja

Dzień -1

23 godziny do wyjazdu. Już przebieram nogami, o spanie będzie ciężko. Dziesiątki razy powtarzałem sobie listę rzeczy do zabrania i niczego nie zapomniałem! Na promie okaże się coś innego, ale póki co wszystko mam  :)  Zresztą niewiele trzeba do szczęścia, ciepłe ubranie i narzędzia to wszystko. O resztę zadbać mają łowne wody Szwedzkich szkierów. Ano zobaczymy.
Ciekaw jestem jak spiszą się moje przynęty. Nie robiłem specjalnych zakupów, będę próbował na sprawdzone wabiki. Być może są za małych rozmiarów, wszystko się okaże.
Jedziemy w składzie:
Jasiurski
Skorupa
Mentus
Maniek_N
Mateusz S
Olsen
+ dwóch Kolegów z Częstochowy oraz 4 z Włodawy. Dzień 0
Godzina 22:00. Zbiórka w centrum. Oczywiście Kłobucka. Jadę ze Skorupą i dwoma nieznanymi Kolegami - Jackiem i Tomkiem. Ja pakuję się ostatni, ledwo upycham swoje i tak mocno odchudzone graty. Drugie auto też już jest w trakcie ładowania. Nie jedziemy jednak razem, spotkamy się dopiero na odprawie promowej. Tam stawi się również trzecia załoga - Włodawa.
Droga do Gdyni upływa spokojnie i bez większych przeszkód, choć pani z nawigacji robi wiele żeby nas zmylić. Drogowskazy na Karlskronę ostatecznie rozwiewają wszelkie problemy i pierwszy etap podróży mamy za sobą. Poznajemy się z drużyną Włodawską - Radek, Andrzej, Andrzej i Artur. Jako że mamy trochę czasu, następuje... konsumpcja. Wreszcie wjeżdżamy na prom i wypływamy. Rozchodzimy się po całym pokładzie, jedni idą do sklepu, inni podziwiać widoki, jeszcze inni zostają w kajutach. Najbardziej ucierpieli Koledzy, którzy zdecydowali się spędzić trochę czasu na rufie. Ponoć nieźle tam bujało. Później ciężko było ustać w kajucie, a i nawet z leżeniem jeden miał kłopoty. Na swoje nieszczęście ułożył się na górnym łóżku i chyba o tym zapomniał, bo do schodzenia nie użył nóg :) Spokojnie - przeżył, tylko był jakoś mało rozmowny przez następne kilkanaście godzin.
Wraz z nadejściem mroku dopływamy do Karlskrony, która wita nas mnóstwem wysepek. Całe miasto położone jest na... 133! Ładnie tu, cel naszej podróży jest jednak oddalony o 300km i trzeba jechać dalej. Kalmar, Monsteras, Vastervik i wreszcie Valdemarsvik. Jeszcze 20km i lądujemy w Gryt - jesteśmy u celu choć są małe problemy. Znaleźliśmy ulicę, ale nie znamy numerów domków. Wiemy tylko jak wyglądają, ale jest północ i wiele nie widać. Wreszcie jest - jeden zlokalizowany. Ale zamknięty bo kluczy brak. Grupa trzymająca władzę wraca do Valdemarsvik, do biura podróży, poszukać tajemniczej czarnej skrzynki z kluczami. Niestety po drodze zatrzymuje ich Policja. Ale stają na wysokości zadania, zaprzyjaźniają się i wspólnymi siłami zdobywają klucze. Pakujemy się cała dwunastką do jednej chaty, drugiej poszukamy jak się rozwidni. Przez kilka godzin wariujemy jeszcze i w końcu maszerujemy do łóżek. Pełni nadziei, bo rano pierwsze wypłynięcie.
Dzień 1
Rano jedziemy odebrać łódki od miejscowych. Dysponujemy 4 sztukami, czyli pływać będziemy w 3-osobowych załogach. Pierwszego dnia Jasiu rezygnuje z łowienia, wyruszam więc tylko ze Skorupą. Dostaliśmy mapy terenu, ale wszędzie cholernie głęboko. Przy samych wysepkach, dosłownie kilka metrów od brzegu jest 4 - 5 metrów, ale są to miejsca mocno zarośnięte. Miotamy się od wyspy do wyspy, aż wreszcie znajdujemy oazę spokoju i możemy się... zdrzemnąć :) Później spotykamy załogę pod dowództwem Mańka. Jedno branie przez kilka godzin łowienia. Na następnej łodzi tak jak u nas, bez brania. Coś jest nie tak. Decydujemy się wpłynąć w zatokę i tam poszukać szczęścia. No i wreszcie coś się dzieje, pierwsze brania i pierwsze ryby. Zaczął Skorupa od szczupaka, niedużego co prawda, ale nie ma co narzekać.
  Maniek z Mateuszem namierzają okonie i łowią ich dość sporo, ale okazów nie ma. Za to Skorupa zahacza wreszcie coś większego, [url=http://www.youtube.com/watch?v=oZG0Oy3v4lw]ale skończyło się tak.[/url]  Tytuł Mistrza Wszechświata musi poczekać :) Do końca dnia już tylko u niektórych jakieś małe drapieżniki, ja bez brania! Nie tak wyobrażałem sobie Szwecję, ale tłumaczę sobie że to nieznajomość łowiska. Wieczorem zbieramy informacje, kto gdzie i ewentualnie na co. Patrzymy w mapy i wybieramy miejsca na jutrzejsze polowanie. Wieczór wesoły, jak mogłoby być inaczej w takim towarzystwie. Tylko ten Mentus, on mi się jakoś od początku nie podobał :rolft4: Spać idziemy mimo porażki pełni nadziei. 5:30 pobudka.
Dzień 2
No i jest 5:30, jak wstałem to Maniek oczywiście był już na nogach i żeby nie tracić czasu, ze szczoteczką w zębach parzył herbatę. Dzisiaj mobilizacja, płyniemy wszyscy choć za oknem deszcz. Mamy w planie dwie zatoki - Metrową i Olsena :) Dopływamy i na drugiej miejscówce mam pierwsze szwedzkie branie. Takiego walnięcia z opadu nie powstydziłby się żaden porajski sandacz. Niestety spudłowałem. Chwilę później kto wkracza do akcji? Oczywiście On, Skorupa - na naszej łodzi ląduje pierwszy zagraniczny pełnowymiarowy szczupak. Zmieniamy miejscówki i wreszcie ja dostaję swoją pierwszą rybę, co prawda jest to okoń, ale jest!
 Z innych załóg też dochodzą optymistyczne wieści, Mateusz dostał osiemdziesiątkę. Szkoda tylko że deszcz przybiera na sile i mimo odpowiedniego stroju, decydujemy się spłynąć i schować. Długo jednak na brzegu nie wytrzymujemy i ponownie ruszamy do boju. Około południa swój koncert zaczyna znowu On. Praktycznie z jednej miejscówki wyciąga trzy szczupaki a ja i Jasiurski tylko statystujemy. Znów zmiana miejsca i stajemy przy pasie trzcin. W jednym z pierwszych rzutów Skorupa zapina rybę. Najpierw ma ona 80cm, potem 90 a Janek to już nawet metrówkę w niej widział :) W każdym razie walka jest dość zacięta, co [url=http://www.youtube.com/watch?v=vBQLlSl6l0g]możecie ocenić sami.[/url] Ryba po 10 minutach ląduje za sprawą magicznego chwytu Jasia (bo kto by tam brał podbierak do Szwecji :)) w naszej łodzi. Pomiary równie magicznym przyrządem wskazują 98cm.

 Szkoda, brakło tak niewiele. Ale ile za to dostaliśmy sporą dawkę optymizmu. Z niepozornego miejsca taka spora ryba. Chwilę później Jasiurskiemu odprowadza pod samą łódź podobny osobnik, ale robi zwrot i odpływa. Jest sporo emocji, wreszcie atmosfera na jaką liczyłem przyjeżdżając tutaj. Są odpowiednie ryby, szkoda że na razie bez mojego udziału, i jest super atmosfera, chociaż na nią nie można narzekać od samego początku. Po południu wyszło słońce i aktywność ryb nieco spadła, ale przed zmierzchem wreszcie i ja dopadam swoje pierwsze Esoxy. Nie powalają rozmiarami, jednak cieszą. Bardzo cieszą, bo już się o siebie bałem.
 Wracamy do domku zadowoleni, choć nieco umęczeni wydarzeniami dnia. Opowieści, opowieści, opowieści - wszyscy coś przeżyli. Mentus też przeżył :) Apetyty bardzo wzrosły, bo przydarzyło się kilka sześćdziesiątek i siedemdziesiątek oraz wspomniana osiemdziesiątka Mateusza i Skorupkowa prawie-setka. Jest dobrze, idziemy spać spokojni.
Dzień 3
Deja vu. 5:30, Maniek i szczoteczka :) Za oknem tylko lepiej, bezchmurne niebo ale co za tym idzie, przymrozek. Lepsze to jednak niż deszcz. Dzisiaj zmiany w obsadach łodzi, ponieważ Mentus podjął męską decyzję i stwierdził, że zostaje w domku i... posprząta :))) Mateusz też dołączy później, płynę więc z Mańkiem. Zanim zjawiliśmy się w zatoce metrowej, Skorupa miał już dwie sztuki a Janek właśnie wytargał 88cm.

 Serce rośnie, z podniesionym pulsem zaczynamy biczowanie. Ja długo nie czekam, trzeci-czwarty rzut i w niewielką obrotówkę uderza mi przyzwoity szczupak. Pomiar wskazuje 74cm.

 Zapowiada się naprawdę dobry dzień. Szukamy ryb przy trzcinach, ale brań nie ma. Po kilkunastu zmianach miejsc wreszcie Maniek łowi podobną sztukę, okazuje się nawet że ciut większą (78cm). Potem wpływamy w zatokę olsena. Tutaj, chowając się przed wiatrem, stajemy przy zwalonym do wody drzewie. Obławiamy trzciny i głęboką wodę. Próbujemy z opadu, i ku naszemu zaskoczeniu brań jest sporo. To głównie okonie atakują nasze przynęty, ale zdarzył się i szczupak. Mariusz łowi swoje pierwsze ryby z opadu, wygląda na zachwyconego :) Przepływamy jednak dalej w nadziei na spotkanie z większym szczupakiem. Dowiadujemy się, że Skorupa daje im dzisiaj kolejny wycisk, jak się później okaże do końca dnia złowi ich 10. Niestety wczorajszych rozmiarów nie osiągnął żaden, chociaż jeden nie dał się wyciągnąć mimo dłuższego holu. U nas już bez rewelacji, połowiliśmy jeszcze trochę okoni i po jakimś ledwo miarowym szczupaczku. Mimo tego znów wracamy do domku zadowoleni, bo ryby może nie powaliły rozmiarami na kolana, ale brań było naprawdę sporo. Trzeba będzie jednak poszukać nowych miejscówek, bo w tych dwóch zatokach przerobiliśmy już wszystkie. Ekipa z Włodawy codziennie pływa po innych wodach, raz z lepszym raz z gorszym skutkiem, ale generalnie coś łowią.
Dzień 4
Pobudka o niezmiennej porze i zgadnijcie, Kogo spotykam w drodze do łazienki :) I Jego szczoteczkę też :rolft4: Dzisiaj znów płynę ze Skorupą i Jasiurskim. Mentus już posprzątał i również będzie dzisiaj łowił. Ze względu na pogodę, zaczynamy od tych samych miejsc co poprzednio. Nie dzieje się jednak nic, z wyjątkiem drobiazgu nie mamy kontaktów z większymi rybami. Przenosi się to na atmosferę w łodzi, bo z czasem robi się gęsta. Spotykamy na wodzie załogę Mańka, poza jedną osiemdziesiątką też nic szczególnego, ale potem namierzyli okonie i łowią je do woli. Z opadu, nowej ulubionej techniki Mariusza. A u nas rozdarcie, każdy chce czegoś innego. Jasiurski nie wytrzymuje presji i ucieka z łódki :papa2: My Próbujemy zmieniać miejsca, ale skutków nie daje to żadnych. Pustynia. Podejmujemy decyzję o przepłynięciu do zatoki starych szczuraków. Tam jednak niewiele lepiej, mamy kilka brań ale same niewielkie sztuki choć bardzo doświadczone :oczko: To chyba najgorszy dzień tutaj, może poza pierwszym kiedy zapłaciliśmy frycowe. Po powrocie na bazę zapada decyzja, że w piątek pojedziemy na rzekę Ronnebyan, na której to w maju ekipa WCP połowiła bardzo dobrze. To nasza nadzieja po słabym dniu tutaj.
Dzień 5
Zatoka starych szczuraków wygląda obiecująco, ale ryby znów nie powalają rozmiarami. Wraz z Mentusem i Skorupą próbujemy wszystkiego, ale jedynymi gośćmi na naszych kotwiczkach są niewielkie okonie i szczupaczki. Stajemy na stokach, przy trzcinach, na głębszej i płytszej wodzie ale ciągle nic. Na dodatek zaczęło padać i dość mocno wiać. Wieści od drugiej załogi są jednak optymistyczne. Popłynęli do zatoki płytkiej i mają wyniki. Maniek łowi życiówkę, całe 93cm.
 Jasiurski ma okonia-dinozaura jak go wszyscy określili, niestety spadł przy samej burcie. Wszyscy trzej Koledzy, którzy go widzieli zgodnie określają go na co najmniej 50cm!!! Ale musiała to być ryba, szkoda że rozczarowanie było podobne... My decydujemy się popłynąć do zatoki delfina. Po drodze trzeba przepłynąć trochę morzem, a tu nieźle buja. Docieramy jednak cało na miejsce, jednak woda jakby bezrybna. Dwie godziny biczowania nie przynosi żadnych efektów. Wreszcie Skorupa melduje o uderzeniu i po kilku minutach ląduje w łodzi niemal 80-centymetrowy szczupak.
 To już ładna ryba. Znów wstępują w nas nadzieje, które jednak dość szybko gasną. Dobija nas Mentus, który zacina... sieć. To wydarzenie przechyla szalę, wracamy do zatoki szczuraków. Tam Tomek znów wkracza do akcji, łowiąc okonia... Długo by opowiadać, co to była za sztuka. A ile przyniosła nam radości :) W każdym razie brak wyników czysto wędkarskich zrekompensował nam Mentus z nawiązką.
Po powrocie do domku ustalamy, że jedziemy jutro 300km na Ronne. Oby było warto, bo wyprawa jak dotąd nie spełniła moich oczekiwań.
Dzień 6

 Maniek, Jasiurski, Mateusz i ja wyruszamy w podróż do Korro, gdzie celem jest rzeka Ronnebyan, znana z poprzedniego wypadu do Szwecji bandy WCP oraz solowej eskapady OswalDa. Wykupując jednodniową licencję, spotykamy krajanów z dolnego Śląska. Mamy jednak do dyspozycji 25km rzeki, więc jakoś się pomieścimy :) Janek zawozi nas w znane sobie miejsce i ruszamy do boju, dwóch w górę a dwóch w dół. Woda przepiękna, chociaż stan podobno wyjątkowo niski. Pierwsze branie mam już na drugim zakręcie, lekkie stuknięcie i urwany ogonek rippera. Zmiana kontuzjowanej przynęty na podobną i znów branie, ale po kilku sekundach spinka. Tak czy inaczej podoba mi się tutaj. Idę dalej, spotykając co rusz jakieś zwierzęta.
 Za mostem rzeka tworzy coś na kształt rozlewiska, tu wyciągam swoje pierwsze ryby. Pomiędzy wielkimi głazami buszują okonie, jednak moją przynętą jako pierwszy zainteresował się szczupak. Atak nastąpił na moich oczach, piękna sprawa mimo niespecjalnej wielkości zębatego.

 Później kilka okoni oraz sporo pustych brań. Ryby kapitalnie ubarwione, zupełnie inaczej niż na szkierach. Już wiem że przyjazd tutaj opłacił się. Koledzy też łowią po kilka ryb, ale też nie ma żadnych dużych sztuk. Zmieniamy miejsce, teraz będziemy obławiać wodę na terenie Parku Narodowego. Kapitalne miejsce, powalone drzewa, porośnięte głazy, mnóstwo ptaków. Z rybami gorzej, chociaż każdy jakieś brania ma. Ja łowię jeszcze jednego szczupaka około 60, znów kapitalnie ubarwionego.
 Wracamy do samochodu o zmierzchu zachwyceni widokami i wodą. Ryby nas znów nie powaliły na kolana, ale ani jeden z nas nie żałował przyjazdu tutaj. Kapitalne miejsce, naprawdę. Szkoda tylko że tak blisko Karlskrony, bo presja robi się tam ponoć spora. Ale tak to w życiu już jest, że wszyscy chcą mieć skarby. Wracamy, jest przecież 300km do przejechania a jutro ostatni dzień łowienia. Dowiadujemy się, że pozostali uczestnicy wycieczki nie połowili wyjątkowo, kilka sztuk w granicach rozsądku i to wszystko. Szkoda, nadzieje na ostatki nie są duże.
Dzień 7
Skoro świt ruszamy do zatoki starych szczuraków, ale mój zapał szybko mija. Znów same sznurówki i to bardzo rzadko. Za to wiatr jakby się ktoś powiesił. Druga WCP-owska załoga łowi z zatoce olsena i Maniek pokazuje klasę pozostałym. Wyciąga z opadu (a jakże :) ) okonia za okoniem, a na okrasę sięga sandacza.

 Jedynego na tej wyprawie, a to już sztuka. Ja jeszcze przed południem postanawiam wrócić do domku i ewentualnie zameldować sięna łodzi jeszcze po południu. Nie dane jest mi to, bo po godzinie wpadają do domu Koledzy i mówią że wyjeżdżamy w trybie pilnym na prom. Sztorm na morzu i nasza jutrzejsza przeprawa jest odwołana, bo Finnarow jest zbyt mały na takie fale. Jeśli chcemy płynąć, to dzisiaj Steną Balticą albo czekamy na lepszą pogodę. To się nikomu nie uśmiecha i rozważamy nawet drogę lądową przez Danię i Niemcy. Spróbujemy jednak zdążyć na dzisiejszy prom, o ile on też wypłynie. Panika, bo nic nie przygotowane do wyjazdu. Pakujemy się, sprzątamy, wszystko w pośpiechu. Ostatnie pamiątkowe zdjęcia,
 jedziemy oddać łodzie i wyruszamy w drogę powrotną. Pogoda naprawdę paskudna, cały czas leje i wieje, aż auto czasem ciężko utrzymać na drodze. Dojeżdżamy jednak cało na prom i mimo 9 w skali Beauforta ruszamy w drogę powrotną. Buja jednak nieziemsko, niektórzy nie wytrzymują i chowają się w swoich kajutach. Nawet najtwardsi nie mają ochoty na ostatni zakrapiany wieczór, na dyskotekę też nikt się nie wybrał. Idziemy wszyscy spać, ostatni raz na tej wyprawie...
Dzień 8
Gdynia wiata nas spokojnym morzem i słońcem. Nie ma to jak w kraju. Zostało nam już tylko wrócić spokojnie do domów. Przeżycia, zdjęcia i wspomnienia to wszystko, co nam ze Szwecji zostało...
Podsumowanie
Wędkarsko nie jestem wyjątkowo zadowolony. Towarzysko za to bardzo, bo ludzie z którymi byłem o to zadbali. Atmosfera była kapitalna i jest to największy plus tego wyjazdu, choć nie sposób wspomnieć, że kilku Kolegów mi brakowało. Czy jeszcze tam pojadę? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Czy zachęcam? Tak, zwłaszcza tych którzy nigdy nie byli. Takie miejsca jak rzeka Ronnebyan warte są zachodu. Z rybami jest różnie, ale przy odrobinie szczęścia i samozaparcia można połowić naprawdę niezłe sztuki. Sama Szwecja też jest warta odwiedzin, bo to zupełnie inny kraj. Jedźcie i łówcie. Powodzenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz